5 listopada na Filtrowej odbyło się spotkanie z mistrzem olimpijskim w pchnięciu kulą, Tomaszem Majewskim.
Gdy po rozważaniu weszliśmy na piętro, nasz kulomiot już na nas czekał. Z każdym się witał, podawał każdemu rękę, ale jednocześnie widać było, jak jest niesamowicie stremowany.Czerwony, niespokojny, wciśnięty w fotel sprawiał wrażenie człowieka o gabarytach 170 centymetrów wzrostu i 50 kilo wagi, a nie nabitego dwumetrowca z konkretnym brzuchem. Po krótkim wstępie Piotra Kurowskiego, Majewski zaczął opowiadać o swoich przygotowaniach do igrzysk i samych wydarzeniach w Pekinie.


Mówiąc szczerze, nie było to specjalnie pasjonujące, zwłaszcza, że wielu z tych rzeczy mogliśmy się dowiedzieć czytając relacje prasowe z przygotowań polskich olimpijczyków, jak również oglądając transmisję z olimpijskiego konkursu w telewizji. Wielu z nas lepiej pamiętało wyniki poszczególnych zawodników niż sam Majewski (trudno się zresztą dziwić, łatwiej sobie przyswoić statystyki siedząc wygodnie w fotelu i kapciach przed telewizorem, niż na stadionie, gdzie musisz być przede wszystkim skupiony na własnym starcie). Jednak dzięki temu opowiadaniu nasz mistrz poczuł się pewniej i gdy przeszliśmy do zadawania pytań, spotkanie nabrało tempa.
Majewski mówił o początkach swojej kariery. Zachęcano go do różnych sportów, m.in. koszykówki (miał nawet marzenie by być pierwszym Polakiem w NBA), ale ostatecznie postawił na lekkoatletykę.

W tym momencie kulomiot już zupełnie się rozluźnił i dzięki temu odpowiadał bardzo interesująco, zupełnie inaczej niż na początku. Szczególnie ciekawie opowiadał o niedozwolonym wspomaganiu, programie Whereabouts, który dla sportowców jest bardzo uciążliwy. Stosuje się go wobec ścisłej czołówki światowej w każdej konkurencji lekkoatletycznej (ale również np. w tenisie i in.), a polega on na tym, że sportowiec musi w specjalnym systemie komputerowym podać swój plan na każdy dzień, tak by w każdej chwili można było go skontrolować pod kątem dopingu (a propos: czołowi sportowcy m.in. Rafael Nadal i Jelena Isinbajewa zaskarżyli ten program, bo według nich narusza prawa człowieka. Niewykluczone, że UE stanie po ich stronie; sprawa jest w toku.), a także o tym, że nie może stosować Gripexu i innych, najprostszych zdawałoby się leków, bo zawierają substancje zakazane.

Opowiadał również o braku zaufania do sportowców białoruskich, bo do nich kontrole nigdy nie docierają, a ich kontrole są niewiarygodne (chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego).
Majewski odpowiedział na wiele innych równie interesujących pytań (o teleskop, trening, kontuzje itd.), których nie sposób tu wszystkich przytoczyć, tak samo jak słowami nie oddamy atmosfery panującej w ośrodku „Przy Filtrowej”. Po początkowym stresie, zdał sobie sprawę, że chcemy po prostu porozmawiać z człowiekiem, który robi coś ciekawego, osiągnął sukces i pozostał sobą. Potwierdził, że nie trzeba mieć pięciu rąk i dwóch głów, żeby zostać mistrzem olimpijskim, tylko wystarczy zakasać rękawy i pracować z pasją. N

a koniec spotkania Majewski był już tym serdecznym, uśmiechniętym wielkoludem którego znamy, a każdy kto chciał, mógł zrobić sobie z nim zdjęcie i wziąć autograf.
W jakiś czas potem w „Rzeczpospolitej” ukazał się wywiad z Tomaszem Majewskim. Na stwierdzenie Pawła Wilkowicza: „Był Pan na spotkaniu z więźniami w Inowrocławiu…” Majewski odpowiedział: „ale również na spotkaniu ze studentami w ośrodku Opus Dei w Warszawie. Obydwa spotkania ZNAKOMITE.” W dwustu procentach podzielam zdanie Tomka Majewskiego i życzę mu, by MŚ Berlinie oraz IO w Londynie, skończyły się dla niego jak te w Pekinie.
Relację napisał Franciszek Urmański